Blog Snowboardshop.pl

Kluszkowce 21-23.12.2013

Opublikowano Autor: Snowboardshop.pl

Olek Kosacki opisuje pierwszy w tym sezonie trening na tyczkach

aga z nową gigantką 170cm!

Piątek. Godzina szesnasta z minutami. Z parkingu klubu sportowego Spójnia Warszawa

odjeżdża biały bus z dziewięcioma osobami na pokładzie. Wszyscy są podekscytowani bo wiedzą,

że czekają ich trzy dni jazdy na desce. Wjeżdżamy na Toruńską, chłopaki z tyłu (Michał, Paweł i

Stasiek) jedzą pizze, nie napisałem pizzę, gdyż mieli dwie. Dziewczyny na środku (Ula, Wiktoria i

Julka) jedzą pączki, a ja z Agą i Bartkiem z przodu szamiemy buły, które nam w swojej dobroci

Mama na drogę zrobiła (pączki też jedliśmy). Podróż przebiegła „dość” pomyślnie. Bartek miał nas

dość, sami siebie mieliśmy dość. Gdyby Fordzik miał uszy, też by miał nas dość. Ale szczęśliwi

wypakowaliśmy nasze torby i zagnieździliśmy się w pokojach. Okazało się, że mieszkamy nad

pizzerią i z zapachem ciasta zakończyliśmy dzień waląc się do łóżek.

 

Sobota. Śniadanie mamy na ósmą piętnaście. Otwieram oczy, na zegarku ósma dwadzieścia.

Lata treningów pozwoliły mi opanować sztukę ubierania się w ciuchy snowboardowe szybciej niż

szybko. Na szczęście i nieszczęście nie byłem do tej pory jedynym, którego brakowało. Jemy

wszyscy porządne śniadania, dwanaście i pół minuty na „dobranie się”, wbijamy do busa i ruszamy

na stok. Dojeżdżamy pod stok, zakładamy buty, ogarniamy karnety, zamykamy busa, wsiadamy na

krzesełka, wjeżdżamy na górę i……. Oczom naszym ukazuje się nie za długi, nie za stromy stoczek

otulony słońcem. Teraz liczy się to, że mamy deski na nogach i możemy orać trasę naszymi

krawędziami. Niektórzy z nas byli już na jednym wyjeździe w hali na Litwie, lecz pozostali (w tym

ja) mieli po raz pierwszy zjechać w dół stoku. Jak co roku pierwszy zjazd okazał się profanacją.

Zjeżdżam. I co się dzieje? Tu biodra niewłożone do skrętu, tutaj kolana go nie zapoczątkowały,

brak energicznego wyjścia i przyspieszenia, tu się zachwiałem, tu ręka przejechała po śniegu.

Generalnie robi mi się głupio, bo napis na plecach „Polish Snowboard Team” zobowiązuje raczej

do poprawnego przejazdu, a prawie dwumetrowy rumcajs przelatujący między ludźmi jednak

zwraca uwagę, lecz nie ja tylko miałem ze sobą problemy. Stasiek stał dopiero drugi raz na twardej

desce, a początki na tym sprzęcie są, że tak napiszę ciężkie. Chłopak jednak dawał radę,

wykonywał ćwiczenia jak należy.

 

Co do reszty. Śmigają dzieciaki kurczę na tych deseczkach.

Ładne postawy, nie odwracają się w skrętach, „krawędziują” tak, że można zobaczyć scyklinowane

przerwa

ślizgi. P  o prostu rewelacja. W końcu to Oni sieją postrach góralom na OOMach i Pucharach Polski.

Następuje krótka przerwa na jakieś fryteczki, czy moskole z barszczem i naładowani na nowo

energią wracamy na stok.

Już powoli wracam do mojej jazdy, Stasiek zaczyna uginać nogi, Michał

stara się trzymać tylną rękę w dole, Aga coś tam wpycha te biodro do skrętu, Paweł zasuwa jak

dziki, Wiktoria za to jak szalona, Julka cięte NW sieka raz po raz, a Ula ma dobrą stylówkę ale też

śmiga z góry na dół jak opętana. Wszystko pięknie, lecz nadchodzi ten czas, gdy nikt już nie ma

siły i trzeba no zjechać do tego busa i wrócić do pensjonatu. Reszta dnia to standard. Kąpiel, obiad i

(w moim przypadku) wykorzystywanie różnych technik relaksacyjnych takich jak: laptop, telefon,

łóżko, do uzyskania chillout’u na najwyższym poziomie. Wieczorem kolacja, powrót do technik* i

żegnamy się z dniem. Ja przy Romanie Barbarzyńcy. Jutro znowu Snowboard.

Niedziela. Wstajemy trochę wcześniej, żeby być przed dziewiątą na stoku. Wiemy którędy

jechać i którędy iść, by nie łazić z deskami jak głupki za dużo. Pogoda znowu nam dopisuje. Mimo

chmur, które sporadycznie przysłaniają słońce wszystko jest super. I co? Szybka rozgrzewka przed jeżdżeniem. Rozciąganie, jakieś przebieżki, parę pompek i przysiadów i jesteśmy gotowi do śmigania. Na początek, znowu jeździmy na bardziej płaskim stoku ale ile można, więc idę

na „ściankę”. W końcu jutro mamy stawiać tyczki. Oczywiście pierwsze skręt y były raczej zgrzytem ale już za którymś przejazdem czułem, że wraca forma. Dzieciaki robią z Bartkiem kilometry, żeby wyczuć swoje deski na sto procent. Po trzech godzinkach czas na małą przerwę. Za znalezioną na wyciągu dyszkę można kupić idealny lunch. Siedzimy chwilę wszyscy przy stole, ludzie jakoś zaczynają znikać. Naprawdę nie mieliśmy pojęcia dlaczego, za to dziewczyny pobiegły zobaczyć krowy i konie. Taaaak. Naprawdę były koło barku krowy i konie. Koniec przerwy i lecimy znowu na stok. Postanawiam zmienić swoją super mega najlepszą gigantkę na wypas fantastyczną slalomkę, tak żeby się dobić jeszcze na koniec. Czemu dobić? Deski slalomowe mają o wiele mniejszy promień skrętu, niż deski gigantowe. Dzięki temu, zamiast jednego skrętu gigantowego możemy na tym samym odcinku wykonać parę skrętów slalomowych. Dobijam się zatem na ściance, dając parę rad Agatce i Staśkowi, oraz lukając od czasu do czasu jak idzie im i innym klubowiczom. Kończymy trening i znowu dzień wygląda tak samo jak poprzedni. Obiad, relaks, kolacja, relaks, smarowanie desek, relaks. Dziś przed snem poleciało parę odcinków

animowanego starego Batmana. Fajnie było. Dobranoc.

 

Poniedziałek. Na śniadaniu dowiadujemy się, że niestety nie będziemy mogli wrócić po

treningu do pokojów bo zaczynają się święta i hotel na parę dni zostaje zamknięty. Po śniadaniu

naprędce pakujemy najpierw siebie, potem busa i lecimy na stok. Dziś jest dzień na który czekałem

od ostatnich Mistrzostw Polski. Tyczki!! Slalom mamy stawiać o dziesiątej na stoku specjalnie do

tego przeznaczonym i ogrodzonym od innych użytkowników górki. Musicie wiedzieć, że takie

odgrodzenie jest to wyborna sprawa. Ludzie w Polsce (żeby nie było, za granicą się też zdarza)

bardzo lubią wjeżdżać na trasy slalomów. Nie popatrzą czy ktoś jedzie, zabiorą ze sobą dzieci itp.

itd. Czemu tak się dzieję? Bo nie mają wyobraźni. Ja, człowiek ważący prawie dziewięćdziesiąt

kilogramów, jadący na slalomie z prędkością przykładowo pięćdziesięciu kilometrów na godzinę,

mogę nie wyhamować, gdy nagle z boku wjedzie ojciec z dzieckiem krzycząc: „Chodź Jasiu,

pojedziemy po slalomie”. Zdarzały się takie sytuacje ale na szczęście nigdy nie było żadnych

przykrych incydentów. Trzeba zwracać na to uwagę, przecież nie wchodzą ludzie piłkarzom na

murawę. Chyba, że na pewnym meczu w basenie. Ale wracając do tematu. Każdy z nas zrobił

powyżej dziesięciu przejazdów po tyczkach. Było super. Nawet to, że jeździliśmy slalom w slalom

z młodocianymi narciarzami. Po treningu czekało na nas przebranie się na parkingu i spakowanie

wszystkiego do samochodu. Trochę to trwało ale po jakimś czasie ruszyliśmy w stronę Warszawy.

powrót do domu

To było naprawdę fajnych parę dni. Nie wliczając słuchania tych, co siedzieli z tyłu w busie

podczas drogi.

 

Pozdrawiam, Aleksander Kosacki

po robocie

Skomentuj wpis jako pierwszy!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *