Blog Snowboardshop.pl

Ogólnopolska Olimpiada Młodzieży – SBX, Jurgów 2017

Opublikowano Autor: B.Blazewski

Jest środa 22.02, większość teamu siedzi w górach już od 2 tygodni przygotowując się do najważniejszych zawodów sezonu. Ja właśnie wracam z kilkudniowej przerwy od snowboardu, przyjeżdżam po kolacji, więc jedyne co pozostaje zrobić to przygotować deski przed jutrzejszymi mistrzostwami Polski w sbx, które zarazem są eliminacją do piątkowego finału OOM. Podczas przygotowywania sprzętu towarzyszy nam muzyka na żywo, gdyż Olek postanowił zrobić użytek z leżącego obok akordeonu. Atmosfera jest świetna, więc po skończonej pracy nie mamy ochoty iść spać, wygrywa jednak zdrowy rozsądek (oraz trenerzy).

Czwartek 23.02
Pomimo wczesnej godziny wszyscy bardzo ochoczo zrywają się z łóżek by jak najszybciej dotrzeć na jedyne w tym roku i tak długo wyczekiwane zawody w snowboard crossie. Wcześniej jednak czeka nas pakowanie samochodów, co trwa dość długo. Po kilkunastu próbach różnego ułożenia bagaży w końcu udaje się wszystko zapakować….no prawie wszystko. Niektóre torby będą musiały jechać pod nogami, a deski na kolanach. Jeszcze tylko szybkie śniadanie, gdzie nie obyło się oczywiście bez pączka (tłusty czwartek). Po ok. 45 minutowej podróży docieramy na stok gdzie na szczęście nie padał już deszcz, który nieskutecznie próbował obniżać morale od samego rana. Szybko wyciągnęliśmy deski, wjechaliśmy na górę i nie tracąc czasu pojechaliśmy oglądać trasę, którą okazała się wszystkim podobać. Jedyne co mogło przeszkadzać to dodatnia temperatura, przez którą tor po chwili był pełen dziur. Nie zniechęceni tym zcyklinowaliśmy deski i ustawiliśmy się w kolejce do startu. Dzisiejszego dnia odbyły się tylko przejazdy na czas. W czwórkach ścigali się jedynie seniorzy którzy nie będą jutro startować. Po zakończonych zawodach zjechaliśmy na dół, gdzie udaliśmy się na dekorację. Na podium stawali: Ula, Stasiek i Gaba. Wszyscy na drugim miejscu. Więcej wyników poniżej.
Wszyscy zmęczeni, wsiedliśmy do samochodów i udaliśmy na kolejną kwaterę (już trzecią w trakcie tego wyjazdu), tym razem do Zakopanego. Na miejscu odrazu udaliśmy się na zapewnioną przez organizatorów obiadokolację, która okazała się być złożona jedynie z suchych kanapek. Udaliśmy się więc do pobliskiej pizzeri. Wszyscy bardzo się najedliśmy, więc powrotny spacer dobrze nam zrobił. Gdy wróciliśmy, przygotowaliśmy deski na kolejne zawody i po wieczornej toalecie udaliśmy się na spoczynek.

W piątek obudziłem się o 6.30 przez strasznie hałasujący wiatr, chociaż mogłem spać jeszcze przez godzinę. Pomimo tego kiepskiego początku dnia byłem jeszcze bardziej naładowany pozytywną energią niż dzień wcześniej, gdyż wczorajsze zawody były jedynie zapowiedzią dzisiejszego prawdziwego ścigania. O 7.45 zeszliśmy na śniadanie, następnie szybko wrzuciliśmy deski do bagażnika i przygotowani do jazdy zapakowaliśmy się do busa. Po dojechaniu do Jurgowa, tak jak się wcześniej spodziewaliśmy, przez mocny wiatr nie działały krzesełka, musieliśmy więc odstać kilkanaście minut w kolejce do orczyka. Podjechaliśmy nim do góry, gdzie musieliśmy przejść kawałek na piechotę by dotrzeć do kolejnego wyciągu przy którym stał tor. Jako że trasę znaliśmy z wczorajszych zawodów odpuściliśmy sobie oglądanie i poczekaliśmy na trening. Trasa nie różniła się prawie niczym od wczorajszej, była jedynie trochę zamrożona i szybsza. Po skończonym treningu przekazaliśmy deski Bartkowi, który jak zawsze przygotował nam je perfekcyjnie do startu. Po wielu emocjonujących przejazdach przyszedł czas na rozegranie dużych finałów do których zakwalifikowali się: Ula, Stasiek, Gaba i Julka. Ula i Stasiek wywalczyli złote medale, Gaba stanęła na najniższym stopniu podium, a Julka po wywrotce, walcząc do samego końca przegrała brąz na ostatniej prostej. Zdobyliśmy 3 medale, więc rozpoczęcie OOM-ów na pewno możemy zaliczyć do udanych. Niestety na kolejnego crossa będziemy musieli poczekać cały rok. Zmęczeni, ale i bardzo zadowoleni z zajętych miejsc wróciliśmy na kwaterę, gdzie po obiedzie odpoczywaliśmy do samego wieczora. Znaleźliśmy jedynie siłę na obejrzenie filmików z dzisiejszych startów.

Dzisiaj, czyli w sobotę mogliśmy pospać aż do 9.00, czego dawno nie robiliśmy. Reszta dnia to odpoczynek czyli idealny czas na napisanie relacji z ostatnich dni. Jutro czeka nas finał Pucharu Polski w konkurencjach alpejskich, a następnie kontynuacja OOM-ów. Trzymajcie za nas kciuki!

Pod tym linkiem możecie znaleźć pełne wyniki:

http://olimpiada.malopolska.pl/2017/public/wyniki/index/sn

A tutaj zdjęcia z zawodów:

http://olimpiada.malopolska.pl/2017/public/wyniki/index/sn

 

 

Michał Lachowicz

trening sl Bukowina Tatrzańska 15-18.12.2016

Opublikowano Autor: B.Blazewski

Jest czwartek 15.12, siedzę w szkole na lekcjach i na niczym nie mogę się skupić.  Powód tego roztargnienia jest bardzo prosty: już za parę godzin ruszamy na kolejne (w moim przypadku już czwarte w tym sezonie) zgrupowanie snowboardowe z najlepszą ekipą pod słońcem. Spotykamy się na parkingu, czekamy na spóźnialskich i wreszcie startujemy. Jedziemy jednym busem w składzie: Tosia, Zosia, Michał, Stasiek, Mikołaj, ja (Ula), którym kieruje trener, opiekun i wychowawca – Olek. Podróż minęła klasycznie. Dużo dobrej muzyki,  żartów,  rozmów, no i oczywiście przystanek na pożywny posiłek w restauracji idealnej dla sportowców (obsługują tam tak szybko, jak my jeździmy na deskach). Im bliżej gór byliśmy,  tym więcej śniegu widzieliśmy za oknem, co bardzo dobrze zwiastowało warunkom na stoku. Na miejsce dojechaliśmy trochę po północy. Każdy dokonał niezbędnej pracy przy sprzęcie, po czym jak najszybciej poszliśmy spać. Jutro wstajemy znacznie wcześniej niż normalnego szkolnego dnia!

Piątek.  Dzwoni mój budzik, a ja nie wiem co się dzieje. 5:40? No nieźle, a do szkoły wstaję po 7. Na szczęście zaraz przyszła wizja śmigania na deseczce po idealnym sztruksiku, która wyrwała mnie z łóżka i zmotywowała do działania. Obudziłam moje współlokatorki i już po chwili siedzieliśmy w samochodzie i (znowu) czekaliśmy na spóźnialskich.  Po szybkim śniadanku w gospodzie u Michałków pojechaliśmy prosto na stok, gdzie przywitał nas widok, o którym marzyłam od dawna. Zmrożony śnieg, puściutki stok, czego chcieć więcej?  Mimo wczesnej pory (7 rano) i zamarzających palców z uśmiechami na ustach zakładamy buty, wyciągamy sprzęt z busa i lecimy rozstawiać pierwszy slalom specjalny w tym sezonie. Trening był bardzo udany i urozmaicony pięknym wschodem słońca. Niestety szybko dobiegł końca, więc wróciliśmy do domu na jakąś szamkę i chwilę odpoczynku przy filmie. W pensjonacie spotkaliśmy naszych sąsiadów, którzy przyszli zjeść śniadanie i nie chcieli uwierzyć, że my wróciliśmy właśnie ze stoku. Na drugi trening pojechaliśmy na Kotelnicę, gdzie dalej szlifowaliśmy technikę i dobrze się bawiliśmy. Po pysznym obiadku  wróciliśmy do domu i oddaliśmy się grze w activity (kalambury). Drużyna Tosi, Zosi i Michała grała przeciwko Olkowi i mnie. Nieskromnie mówiąc, nie mieli z nami szans. Po rozgrywce jeszcze coś przekąsiliśmy, posmarowaliśmy deski i zebraliśmy się do spania. Jutro znowu trzeba wcześnie wstać!

W sobotę rano byłam już bardziej gotowa na wczesną pobudkę. Poranne przygotowania przebiegły bez przeszkód, podobnie jak trening. Warunki na stoku znów były pierwszorzędne, co tylko poprawiło nasze i tak już świetne humory. Po drugim śniadaniu zrobiliśmy powtórkę wczorajszej rozrywki. Najpierw rozegraliśmi rewanż we wczorajszych składach (który zakończył się takim samym wynikiem), a następnie kolejną partyjkę w zmienionych drużynach. Potem obiadek, pół godzinki dla słoninki i lecimy na termy. Tam oczywiście nie obyło się bez szaleństw klasycznych dla naszej grupy. Stasiu bił rekordy prędkości na zjeżdżalni, a na basenie zewnętrznym wszyscy obrzucaliśmy i nacieraliśmy się śniegiem. Ja oberwałam chyba od każdego, ale najbardziej odczułam to, jak przy wyjściu z wody Michał wrzucił mi za kostium ogromną śnieżkę, którą musiałam nieść aż do kolejnego basenu panicznie próbując się jej pozbyć (Michał szykuj się na zemstę). Po szaleństwach w wodzie wszyscy byli padnięci i głodni więc od razu po powrocie zjedliśmy tosty jednocześnie analizując filmiki ze stoku. Po kolacji młodsze dzieciaki poszły spać, a starsze oglądały filmy i odpoczywały.

W niedzielę znowu pojawiły się problemy ze wstawaniem. Nie wiem czy to dlatego, że ostatnio nie spałam wystarczająco dużo, czy dlatego, że już dzisiaj wyjeżdżamy, a ja chciałabym jak najbardziej tego uniknąć. Na szczęście nie miałam czasu na takie rozkminy – trzeba się zbierać na stok! Tak więc ostatni raz na tym wyjedzie budzę dziewczyny i wciskamy się w snowboardowe ciuszki, żeby zaraz po śniadaniu móc śmigać na slalomie. Trening jak zawsze był udany. Tym razem Olek nie jeździł z nami z powodu wiązania uszkodzonego w sobotę. Na szczęście nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło – dzięki temu na facebooku można było oglądać relację na żywo z naszego treningu prowadzoną właśnie przez Olka. Tego dnia wyjątkowo trudno było zejść ze stoku. To był nasz ostatni wspólny trening w tym roku. Bardzo niechętnie wróciliśmy na kwaterę, zjedliśmy coś, spakowaliśmy busa i pożegnaliśmy się z polskimi górami. Trzeba wracać do Warszawy. Droga powrotna jak każda inna urozmaicona była tym co zawsze: muzyka, wygłupy i żarty. Na miejsce dotarliśmy koło 19, więc był jeszcze czas, żeby przygotować się do szkoły na jutro. Z ogromnym smutkiem pożegnaliśmy się i rozjechaliśmy do domów.
Widzimy się w środę na igielicie!

Dziękuję za poświęcenie paru minut na przeczytanie i zapraszam do śledzenia naszych poczynań 🙂 Ula Mendys

Pod spodem link do filmiku z wydarzenia:

Trening – Pitztal 04-12.12.2016

Opublikowano Autor: B.Blazewski

Wyjazd do Pitztal był drugim naszym wyjazdem na lodowiec w tym roku. Tak samo jak w Les Deux Alpes przeżyliśmy wspaniałe chwile na śniegu i w pełnym słońcu. Pod spodem krótka relacja z wyjazdu do Austrii naszego snowboard teamu. Miłego czytania!

Niedziela 04.12.

Rzadko nam się to zdarza ale tym razem trzeba było. W drogę do Austrii ruszyliśmy niedługo po szóstej rano. I tym razem nie mieliśmy żadnych przygód, które mogły nam w jakimś stopniu przeszkodzić w dostaniu się na miejsce. Tego samego dnia wieczorem zameldowaliśmy się w naszym domku, gdzie mieliśmy spędzić następne pięć dni. Szybka szamka, ogarniamy deski, kąpiemy się i idziemy spać. Jutro będziemy jeździć na lodowcu!!

Poniedziałek 05.12.

Dziś robimy dzień rozjazdu, więc nie musimy się tak bardzo spieszyć. Wyciągi działają do 16, więc zdążymy się wyjeździć. Śniadanie organizują Julka z Przemkiem. Przebieramy się, pakujemy do busów i jedziemy do stacji. Jedziemy na lodowiec!! Po kilku piosenkach meldujemy się pod stacją kreta, którym wyjeżdżamy na wysokość ponad 2800m. Dzielimy się na dwie grupki. Bartek zabiera młodszych zawodników, ja starszych i jedziemy zwiedzać trasy lodowca. Wysokość daje się nam we znaki. Po paru skrętach czujemy się, jakbyśmy właśnie przejechali poł góry. Oj, będzie porządny trening. Po kilu godzinkach robimy sobie małą przerwę w cieplutkim barze. Nie wspomniałem wcześniej ale na niebie nie ma żadnej chmury. Tylko błękit nieba, słońce i góry. Jest bosko, jest przecudnie! Jesteśmy na lodowcu!! Po przerwie idziemy zrobić jeszcze parę przejazdów i wsiadamy do kreta, by wrócić na parking, skąd pojedziemy do naszej chatki, zrobimy obiad, rozciągniemy się, porobimy trochę przy sprzęcie. Do tego jeszcze zjemy później kolację, kto musi ten odrobi jakieś prace domowe, weźmiemy gorące prysznice i pójdziemy spać. Jeździliśmy na LODOWCU!!!!!

Wtorek 06.12.

Drugiego dnia, śniadaniem uraczyli nas, Gabryś z Mikołajem T. Wszystko smakowało idealnie, a i porządek został po wszystkim. Ubrani i zebrani pojechaliśmy na… LODOWIEC!!!! Miał być to piękny dzień, bo mieliśmy stawiać slalom, a nawet giganta. Cel był jeden przejechać jak najwięcej przed przerwą i po przerwie. Jedyną niedogodnością było to, że orczyk miał około dwóch kilometrów, więc jeden cykl przejazdowy trwał sporo czasu. Z jednej strony było to smutne, lecz z drugiej mieliśmy czas na odpoczynek po przejeździe, a wierzcie mi. Na trzech tysiącach metrów, zmęczenie pojawiało się o wiele szybciej i starało się nas rozłożyć na łopatki. Po przerwie, podzieliliśmy się na dwie grupki. Tych co mają jeszcze siłę i tych drugich. My zostaliśmy jeszcze na dwa przejazdy na slalomie, a reszta pojechała trochę wcześniej na hacjendę. Popołudnie minęło praktycznie tak samo. Obiad, lekcje, sprzęt. Dodatkowo zrobiliśmy wideo-analizę. Następny dzień minął w cudownym nastroju i super atmosferze. To był drugi dzień jeżdżenia na LODOWCU!!

Środa 07.12.

Tak zwani dyżurni, którzy przygotowywali śniadanie dla wszystkich mieli dodatkowo za zadanie posprzątać po obiedzie i wcześniej wspomnianym śniadaniu, lecz tylko rzeczy ogólne. Swoje talerze i szklanki, i co tam jeszcze każdy musiał ‘’ogarniać’’ po sobie. Trzeciego dnia, wybrańcami zostali Zosia B. i Mikołaj D. Tak jak ich poprzednicy, spisali się znakomicie w każdej porze dnia. Tego dnia znowu ustawiliśmy z giganta, z małym problemem technicznym ale wszystko dało radę. Oczywiście znowu musiało nie być żadnej chmurki na niebie… Jednak jesteśmy twardzi i daliśmy sobie z tym radę. Mówi się, że trzeciego dnia na wyjazdach występuje kryzys. Nas to chyba nie do końca dotyczyło, bo tego dnia wróciliśmy najpóźniej do domu. Zjedliśmy pyszne spaghetti bolognese. Nasi kochani wegetarianie przygotowali sobie odmianę z toffu, która aż wstyd mi przyznać była równie pyszna. Po uczcie znowu był czas na lekcje, smarowanie i ostrzenie desek. Jakieś heheszki, głupawki, śmieszki i inne takie. Znów nam się dzień udał i znów jeździliśmy na LODOWCU!

Czwartek.08.12.

W czwartek troszkę zaczął człowiekowi się zaczęło smutno robić, bo wiedział, że już bliżej końca niż początku. Niestety nic na to nie poradzimy, więc spotkaliśmy się przy stole zastawionym przez Zosię Cz. i Tosię i jajecznicy zrobionej przez Rolanda. Jak co dzień z głośników wypływała pobudzająca do działania muzyka. I znowu jesteśmy na LODOWCU! Jeszcze jedną wspaniałą rzeczą, jaką można było zaobserwować w Austrii jest sport dla niepełnosprawnych. Zawodnicy jeżdżący na jednej nodze, na „wózkach” z płozą (mono-ski), niewidomi lub niedowidzący, dzieci z różnego rodzaju porażeniami. Ciężko jest opisać wrażenie jakie zrobili na nas Ci ludzie. Oni są po prostu niesamowici. Kiedy oni skończyli już trening, my zrobiliśmy przerwę, żeby po niej docisnąć jeszcze dwa przejazdy. Niestety widać było już zmęczenie, backside’y puszczały, frontside’y z resztą też. Czas było jechać do domu na obiad, nietypową carbonarę na mleku. Okazało się, że taką też można zrobić i nawet zjeść ze smakiem. I znowu to samo, deski, matematyka, rozciąganie, wideo-analiza, kolacja, spanie. Jutro ostatni dzień jeżdżenia na LODOWCU!

Piątek.09.12.

Ostatni dzień. Trochę smutek. Dyżurnymi byli Cyryl i Roland. Zjedliśmy sobie śniadanie. Spakowaliśmy się. Zostawiliśmy rzeczy w garażu. Pojechaliśmy na ostatni trening na LODOWCU w tym roku. Trasę tym razem mieliśmy po drugiej stronie wyciągu, bo na poprzedniej rozgrywały się zawody dla niepełnosprawnych. Mieliśmy tam jednego reprezentanta – Bartosza Mrożka. Tego dnia znowu było słońce ale przyszedł silny wiatr, który nieco nam przeszkadzał. Zakończyliśmy jazdę bez robienia przerwy. W końcu trzeba jechać się przebrać i w drogę. Spod kreta toczyliśmy się już na pełnej rezerwie ale na szczęście wszystko się udało. Przed całkowitym odjazdem, pojechaliśmy do sklepu kupić sobie „przysmaki” na drogę i do domu. Z żalem i smutkiem musimy powiedzieć: Żegnaj LODOWCU!

Epilog

Po załatwionych wszystkich sprawach w mieście Wenns, dwa busy, jeden w kolorze oceanicznych głębin, drugi srebrny jak skrzydła aniołów ruszyły w kierunku krainy ojców swych panów. Po drodze musiały jednak zstąpić ze ścieżki, by odpocząć u Złotego Jelenia. Nazajutrz, po nocy przespanej i śniadaniu spożytym udały się w dalszą drogę. Wiele godzin dane im było przebyć, by zobaczyć cel. Parking przed gmachem siedziby rycerzy o biało-czerwonych tarczach. Na ich powitanie przybyli członkowie zakonu, by odebrać najdrogocenniejsze ich skarby, strzeżone wcześniej przez dwa owe busy i ich powożących. Wyprawa zakończyła się w pełni sukcesem i satysfakcją. Wkrótce busy znowu ożyją i ruszą ku następnej przygodzie…

 

Pod spodem link do filmiku z wyjazdu:

1StTry Alpbach 25.01.2017

Opublikowano Autor: Snowboardshop.pl

Rok temu zastanawialem się czemu na targach ISPO w Monachium tak mało jest snowboardu… trochę mnie to martwiło ale zupełnie nie potrzebnie. Dzisaj znam już odpowiedź.
Okazało się, że wiele firm woli pokazać się na imprezie dedykowanej tylko snowboardowi gdzie można potestować produkty na następny sezon. Stad nazwa „1st Try”
W tym roku odbyła się trzecia edycja tej imprezy i dzięki zaproszeniu RIDE Polska mieliśmy okazje wraz z kilkoma innymi sklepami w niej uczestniczyć za co bardzo chcialbym podziękować.
Impreza odbywa się w dość nieznanym dla nas regionie Alp. Jest to dolina obok dobrze znanego Mayerhofen, koło 50km przed Insbrukiem. Logo to Diament więc od razu czuć do kogo jest skierowana oferta 🙂 My snowboardziści w tej dolinie jestśmy mniejszością… no ale chyba region chciałby to zmienić. Jest gdzie się wykazać. Ja zapamiętam trase 47 bo po niej jedziłem najwięcej…. a tych co lubia zakładać ślad polecam trase 66 i jej okolice.
Muszę przyznać, że gdy wchodziło się na teren testowo-wystawowy to mogło się zakręcić w głowie. Osobiście czułem się jak mały chłopiec w sklepie z zabawkami… strasznie martwiłem się, że nie dam rady wszystkiego objechać. I tak było.. ale kilka firm poprostu sobie odpuściliśmy bo będziemy mieli jeszcze okazje pojedzić na testach organizowanych dla nas w Polsce. Od razu skreśliśmy Burtona, Salomona, Rossignola… choć w tym ostatnim wypadku nie do końca. Do tego darowaliśmy sobie firmy, których nie mamy w ofrecie. Z wyjątkiem takich cukiereczków jak „Asmo” . Po takiej selekcji okazało się, że damy radę. Testowałem modele, które mamy w sklepie oraz nowości. Było grubo…
Testować można było także kaski, gogle, kurtki ochraniacze… rękawiczki… no skarpetek nie było 🙂 Po 3h nie chciało się już nic zmieniać z dodatkowego ekwipunku. Na głowie i oczach zostało to co każdy z nas chciałby mieć na własność
W Oakley przetestowałem wszystkie rodzaje szyb i jak by nie kombinować to trzeba mieć dwie. Jedna na słońce i drugą na pełne zachmurzenie. Innaczej się nie da… i na pewno dotyczy to każdej firmy. Osobiście, nie palę się do zmiany szyb i używam niebieskiej lustrzanki, godząc się z „mroczniejszą” rzeczywistością w pochmurne dni;) Po jeździe w różowej szybie z Hi-Persimon, mój pogląd się zmienił. Warto widzieć więcej !
Kask Oakley leży nieźle.. i na tyle dobrze, że gdybym miał zmienić kask to wybrałbym model MOD5.
Nie bede wam opisywał każdego modelu na jakim jedziłem. Moim faworytem okazał się LibTech Travisa Rice w wersji Powder z jaskółczym tyłem + wiązania Uniony FC.
Do ciekawostek snowboardowych należy GOOD 202cm. Obejrzyjcie koniecznie film. Finalnie jazda na takiej desce jest możliwa…a koszykarz będzie miał poczucie spełnienia na stoku.
Przetestowałem także Sushi 145cm Rossignola wersji nie splitowej na trasie i w puchu. I powiem szczerze poczułem mięte do tej deski..tak dawno nie byłem podjarany jazdą. Na stoku oczywiście nie jest jakieś mistrzostwo bo deska stworzona jest do jazdy poza przygotowanymi trasami. Jeśli tylko zrozumiesz, że nie ma tyłu deski… to zmieniaja sie regóły gry. Nie twierdze ze to bedzie hit. Ten kształ widziałem jeszcze w jednej firmie. Jest cała masa tak zwanaych dziwnych form. Dla każdego kształtu znajdzie się argument „za” . Co ciekawe, kształt dobiera sie nawet do gęstości śniegu, do tego czy jeździ sie po żlebach.. czy po parkach i skoczniach. Kompromisów nie ma.
Ogólnienie moge powiedzieć tylko ze warto miesc jaskółczy tyły i „brak deski” za tylnym wiązaniem oraz deske w wersji szerszej.Dlaczego?

202cmGOOD from Piotr Szlazak on Vimeo.
Bo to umożliwa jazdę miedzy drzewami i pewnie prawie nigdy nie bedzie problemu ze sie gdzieś nie zmieścisz… bo można zakręcic w miejscu… bo można jadac w stromym żlebie hamować nie krawędzia tylko tyłem deski… bo szeroka deska zwiększa poczucie surfowania… Przekonałęm Cie?
Tego dnia na stoisku Rossignola moja uwagę jeszcze Sushi w wersji Split. Zapytałem się czy można to przetesotwać bo wyglądała na całkowicie nowa… Pan stwierdził ze to deska jest już zaklepana przez miejscowego przewodnika ale jutro jest splitowa wycieczka i może bedzie się przejechać.
Nie można było przegapić takiej okazji bo opcje freeraidowe w poblizu tras juz były zjechane wiec miałem wizje ze zjedziemy z drugiej strony góry gdzie nie ma wyciągów i to bedzie okazja zeby sprawdzic wrescie jak to jest na snowboardzie w wersji skitourowej.
Następnego dnia byliśmy przed czasem zeby nie zabrakło miejsca dla nas w tej wyciecze bo wiedzilismy ze to bedzie 4-5 osobowa grupa a nas przeciez z Dima było dwuch. Do tego obaj jesteśmy problematyczni bo potrzebujemy wiazań „M” Przewodnik odstąpił mi nowa deske a bym spróbował. Nawet się dopytywał i mnie obserował… Plan wycieczki był taki jak to sobie wobrażałem czyli zjazd do doliny obok… nie na sam dół a poźniej powrót i zjazd na nasza strone gdzie daleko od trasy… W przeszłości miałem już przyjemność chodzić na takie wycieczki na nartach (tak wiem straszna zdrada) ale dzięki temu wiem jaka to jest różnica. I napisze tak. Oczywiście jest się wolniejszym niż na nartach ale to nie ma zadnego znaczenia. Bo gdy sie idzie na toury to nigdzie się człowiek nie śpieszy. Oczywiście warto wbić sie gdzies na szczyt ale większość z nas i tak bedzie wchodzić gdzieś i smakować sie otoczeniem i nie bedzie miało znaczenia ze kolega na nartach gdzieś tam wbije sie godzine wcześniej… bo i tak zazwyczaj taki tourowy zjazd to robi sie jeden dzienie… My na tej wyciecze torche oszukiwalismy bo zaczeliśmy wycieczke…. od zjazdu z 2100m 🙂 i takie wycieczki to ja lubie.

Splitboard trip from Piotr Szlazak on Vimeo.

A o zaletach Sushi juz napisałem wcześniej do tego moge tylko dodać że przepinanie wiązań jest super intuicyjne i nie ma z tym problemu. A podzielone deski zakłada odwrotnie więc i to znaczy tak aby wygodnie sie wchodziło i nic nie obcierało. Czyli prawa czesc snowboardu kładzie sie po lewej stronie. Wiaznia zostaja tak aby grzechotki był na zewnątrz.
Wycieczka trwała prawie 4h… więc tego dnia nie wiele zostało nam czasu. Ale ja strasnie chciałem jeszcze po surfować. WIec poszliśmy na test Asmo. Czyli desek bez wiązań. Dostaliśmy taki wykład o butach kształtach desek gdzie jedzić ze chyba poświece na to jakiś odzielną relacje. Ponieważ dość świerzo jestem po jedzie na Trowboardzie Burtona to powiem ze samo surfowanie jest trudniejsze. Ale osobiście uważam że na ta chwile to Trowboard mi wystarczy do zabawy gdy beda warunki. Widziałem na żywo też jak się na tym skacze… i robi to wrażenie… ale jest to już wyższa sztuka jazdy.
Na deser zostawiłem sobie deske która wygrała poprzedniego wieczoru głosowanie na najlepszy designe pośród 30 desek różncych firm. Oraz chłopaki z innch sklepów mówili o niej w dużych superlatywch. Do tego ten model jest u nas w ofercie fiznycznie na sklepie oczywiscie z tegoroczna grafika. Mowa tu o Ride Warpig. Kształt nie budzi zafuania… do tego ta deska nie ma tyłu w pewnym sensie.. i jest kierunkowa ma dziwny nos… czyli ma wszystkie cechy czegos dziwnego… Ale to wszystko jest mylące bo ta deska poprostu super jedzi i to nie tylko w swieżym sniegu ale tez na trasie dzięki wykorzystaniu w 100% krawędzi.
Jeśli masz otwarta głowe na nowe. Chciałbyś mieć jedna deske a przez snowpark tylko przejedżasz nie omijac skoczni. Jarasz sie świeżym śniegiem i jazda miedzy drzewami nie jest CI obca. Do tego chciałbyś deske zmieść w poprzek w bagażniku to Warpig jest dla Ciebie.
1st try to była masa emocji. Poczucie że należysz do wyjątkowej rodziny jaka są snowboardziści. Może lata leca to zajawka ciągle ta sama. Jeszcze tyle śladów trzeba założyć.
Ta impreze wpisuje na stałe do swojego kalenarza bo jestem pewien ze będzie sie roziwjać. A jeśli chciałbyś przeżyć cos podobnego to poprostu powienieś pojechć na jakieś polskie testy. Ostanio taka impreza miała miejsce w Wierchomli. My napewno bedziemy was informować na naszym FB.

Les deux Alpes SumerCamp

Opublikowano Autor: Snowboardshop.pl

Trochę niespodziewanie, nasza dotychczasowa działalność sportowa, została w bardzo miły sposób doceniona. I to doceniona przez Polską Fundację Olimpijską, działającą przy PKOL. Ich wiara w nasz sportowy potencjał i co za tym idzie ogromna pomoc finansowa, pozwoliła na zorganizowanie letniego zgrupowania na lodowcu w Alpach. Słowa podziękowania należą się też firmie Auto-Waś. Właściciele Fordów Transitów uważają, że to najlepszy warsztat Transita w kraju!  Mechanicy Pana Janka udowodnili, że znają się nie tylko na Transitach. Mój 10 letni Vito, po przeglądzie w Auto Waś przejechał, maksymalnie załadowany, 4000 km bez żadnych kłopotów. Dziękujemy!


Dalej, jak to mamy w zwyczaju, bez cenzury, piszą dwie trzynastolatki: Gabrysia i Zosia:

 

Podróż do Les Deux Alpes rozpoczęliśimg_14my o godzinie 13.30 w Piątek, po drodze wstąpiliśmy jeszcze do polskiej biedronki, aby kupić trochę jedzenia, pakowanie i ruszyliśmy w drogę. Jechaliśmy około 20 godzin, wiec dojechaliśmy około 13 następnego dnia. Podróż przebiegała spokojnie, a przy wjeżdżaniu po serpentynach było widać piękne widoki. Gabrysia Czapska

1 dzień, niedziela
W niedziele wstaliśmy o 7.50, aby przygotować śniadanie na ósmą. Tak jak zawsze na śniadanie zjedliśmy płatki z mlekiem i kilka kanapek. Były także wyznaczone dyżury do sprzątania . Ja z Tosią, a Zosia z Zosią. Po śniadaniu i szybkiej przebiórce w ciuchy snowboardowe, wszyscy byli gotowi do wyjścia z apartamentu i wjechania na lodowiec o wysokości 3600m.n.p.m. Ponieważ trener się złe czuł pierwszego dnia (zjadł stara szynkę), to zaproponował ze skoro nie idzie na stok, to może nas chociaż podwieźć. To nimg_13am pomogło ponieważ do kolejki mieliśmy około 10 minut drogi szybkim krokiem. Podeszliśmy pod kolejkę i sprawnie do niej weszliśmy. Podróż w gore zajęła nam około 25 minut, ale dzięki temu można było chwile odpocząć i podziwiać widoki. Po dojechaniu na gore odczuliśmy znaczna zmianę temperatury – oczywiście niższą niż na dole, a naszym oczom ukazały się zaśnieżone stoki. Szybko poszliśmy do miejsca zwanego PIC-NIC, aby dopiąć buty i się doubrać, a już chwile pózniej wjeżdżaliśmy głównym orczykiem na gore. Na stoku byliśmy do 12.30. Był to dzień typowo rozjazdowy, – przypomnienie sobie techniki i jej utrwalenie. Po zjechaniu w dół zjedliśmy spaghetti carbonara przygotowane przez naszych mistrzów kuchni, obejrzeliśmy kilka filmów i poszliśmy spać. Gabrysia Czapska.

img_12
2 dzień, poniedziałek:
Wstaliśmy rano, szybko zjedliśmy śniadanie i wyszliśmy na stok. Jazda zaczęła się świetnie. Niestety po paru zjazdach Gaba wywaliła się na nadgarstek i musiała skończyć  trening. Razem z Bartkiem pojechali do lekarza a pozostali jeździli dalej aż do zamknięcia wyciągu.
Po męczącym treningu zjedliśmy pyszny obiad, którym było spaghetti bolognese  już razem z Gabą i Bartkiem, którzy w miedzy czasie wrócili od lekarza z dobrymi wieściami – Gabie nic nie było.img_11
Chwila siesty i  wyszliśmy na spacer. Naszym celem było pobliskie jeziorko. Poszliśmy tak dwiema drogami – Stasiek pojechał na deskorolce asfaltem, a pozostali poszli na piechotę trochę dłuższą drogą, ale za to z pięknymi widokami. Gdy dochodziliśmy na miejsce zadzwonił Olek, że jest ze Staśkiem u lekarza bo jazda na deskorolce skończyła się złamaniem obojczyka.

W  międzyczasie my doszliśmy do jeziora. Było piękne! Na środku była wysepka a na nią mostek, był też mały wodospad a wokoło góry.
Dzień zakończył się dobrze po za tymi dwoma incydentami. Zosia Błażewska.

3 dzień, wtorek:
We wtorek na śniadanie były bardzo dobre tosty francuskie. Na stok wyszliśmy o tej samej godzinie co zawsze. Podczas pobytu na stoku zaczął padać śnieg i zrobiło się znacznie chłodniej, a pod deskami robiło się coraz bardziej miękko. Po zjechaniu z lodowca, Ula  i Trener pojechali na rowery, a Olek zabrał nas na spacer po Les Deux Alpes. Wieczorem zjedliśmy szybką kolacje i niedługo pózniej poszliśmy spać. Gabrysia Czapska

4 dzień, środa:
Rano Bartek zawiózł Staśka na lotnisko a my poszliśmy jeździć.
W nocy musiało być zimno, bo był bardzo twardy śnieg, a poza tym dosyć mocno wiało. Było tak ślisko, że jak się wywaliło to zjeżdżało się parę metrów głową do dołu. Ale nic nie można było zrobić, trenowaliśmy  tak długo jak mogliśmy. Z drugiej strony nie ma  na co narzekać, bo kiedy inni męczyli się w upale na zatłoczonych plażach, my jeździliśmy na deskach. TO BYŁO SUPER!!!
Po treningu wróciliśmy i zjedliśmy obiad a potem poszliśmy na tor saneczkowy. Było super i wszyscy dobrze się bawili. Potem jeszcze na chwile poszliśmy na basen i wróciliśmy do domu.
Obejrzeliśmy film i położyliśmy się spaćimg_09 bo wszyscy byliśmy zmęczeni. Zosia Błażewska

5 dzień, czwartek:
W czwartek musieliśmy wstać trochę wcześniej, ponieważ był to dzień w którym pierwszy raz mieliśmy jeździć na tyczkach. Po wjechaniu na gore zaskoczyła nas wyjątkowo wysoka temperatura i mocno grzejące słońce. Szybko uwinelismy się z rozstawieniem slalomu i mogliśmy zaczynać jeździć. Początkowo trasa wydawała się dosyć ciężka, ale szybko się rozkręciliśmy, a zabawa zaczęła się na dobre. Tego dnia zostaliśmy na stoku dłimg_08użej niż działały wyciągi 🙂 . Po powrocie do domu szybko coś zjedliśmy, a po tym jak się nam ułożyło w brzuchu poszliśmy na golfa, saneczki i spacer. Mimo, ze słowo „saneczki” nie brzmi najlepiej to zabawa była super. Jeździliśmy na plastikowych wózeczkach na kolkach z gazem i hamulcem. Wjeżdżaliśmy na gore krzesełkiem, a potem przez około 2 minuty zjeżdżaliśmy w dół. I zjeżdżając i wjeżdzając widoki jak zawsze były piękne. Po powrocie do domu byliśmy zmęczeni, ale mimo to obejrzeliśmy film ze stoku, a pózniej poszliśmy spać. Gabrysia Czapska

6 dzień, piątek:
To był nasz ostatni dzień na śniegu! Szkoda, że czas tak szybko płynie jak robi się coś fajnego. L
Myślę że wszyscy byli z tego niezadowoleni, ale chcąc wykorzystać do końca czas na lodowcu poszliśmy jeździć.

Wjechaliśmy na 3600 m n.p.m., rozstawaliśmy slalom i zaczęliśmy jeździć. Zeszliśmy ze stoku około 13:00. Byliśmy bardzo zmęczeni i głodni. Bartek, Ula, Gaba, i Tosia pojechali na deskorolkach do sklepu. Chyba przygoda Staśka ich nic nie nauczyła bo jadąc Tosia się wywaliła i nabiła sobie guza na czole.
Po obiedzie poszliśmy ostatni raz na tor saneczkowy, a potem czekało nas wielkie sprzątanie. Musieliśmy wymyć całą podłogę, umyć wszystkie szyby i się spakować. Nie szło nam to bardzo szybko, bo wszyscy mieli świadomość tego, że kolejnego dnia wyruszamy. Zosia Błażewska

 

Wielu moich zawodników poza snowboardem z powodzeniem uprawia inne sporty, Taką multidyscyplinarnie uzdolnioną osobą, jest Ula, która nie dość, że jest jedną z najlepszych polskich snowboardzistek, to jest rczłonkiem Kadry Narodowej PZKOL w olimpijskiej konkurencji BMX Racing. Poniżej ciekawa relacja siedemnastoletniej dziewczyny, która naprawdę potrafi jeździć na rowerze. więcej czytaj tutaj.

PS

Tydzień po powrocie ze zgrupowania w L2A, Ula Mendys została Mistrzynią Polski w olimpijskiej dyscyplinie kolarskiej BMX Racing

Współautorka relacji, Gabrysia Czapska obroniła tytuł z 2015 roku, zdobywając Mistrzostwo Polski w żeglarskiej klasie Optimist.

Gratulacje dziewczyny!!!

Bartek Błażewski.